Obszar Warowny „Śląsk” – Freikorps „Ebbinghaus”.

     Kiedy w dniu 1 września 1939 roku wybuchła wojna, na odcinek polskich fortyfikacji nazywany Obszarem Warownym „Katowice”, czyli na najstarszy fragment umocnień nie spadło uderzenie regularnej niemieckiej armii. Przeciwnik wiedział, co go tu może czekać, dlatego też do walki rzucono oddziały Freikorpsu jako o wiele bardziej skuteczne, bo atakujące z ukrycia w terenie, który mieli doskonale rozpoznany.

    Właściwie Freikorps „Ebbinghaus” uderzył już wcześniej. Ciekawostką jest słabo potwierdzony fakt, że kilka godzin przed wybuchem wojny jedna z polskich czujek złożona z członków Związku Powstańców Śląskich na drodze do Bojkowa zatrzymała i wzięła do niewoli oficera Wehrmachtu w pełnym rynsztunku, który miał zapewne do wykonania jakieś specjalne zdanie, być może związane z działalnością Freikorpsu. O ile informacja jest prawdziwa, to wzięty do niewoli kapitan Wehrmachtu Kurt Pfeifer był pierwszym jeńcem II wojny światowej.

    Jeszcze wcześniej, bo w nocy z 27 na 28 sierpnia 1939 roku silna grupa Freikorpsu od strony Zabrza przeniknęła przez granicę i weszła dość głęboko w terytorium Polski, jednakże została zatrzymana przez powstańczą samoobronę. Do walki włączyły się schrony bojowe tworzące sektor „Czarny Las” (obecnie część Rudy Śląskiej). Niemieccy dywersanci ponieśli spore straty (około 16 zabitych) i wycofali się do zabudowań cegielni w Bielszowicach, skąd zostali następnego dnia wyparci. Podobno do ich zlikwidowania użyto pożyczonego od polskich żołnierzy miotacza min. Tak też obiekty Obszaru Warownego „Śląsk” brały udział w walce kilka dni wcześniej przed faktycznym uderzeniem Niemców na Polskę. Odniosły w nich sukces odpierając atak i zadając dywersantom poważne straty sięgające kilkudziesięciu zabitych.

 

 „ (...) Drugą taką okolicą przenikania oddziałów Freikorpsu był teren na zachód od Bielszowic i Nowej Wsi. Teren ten obejmował osady Pawłów i Kończyce, za którymi w stronę granicy był las, a następnie niewielka miejscowość Makoszowy. Na północ od Makoszowych, tuż za graniczną rzeczką Czerniówką był las spółki akcyjnej „Guido”, który stanowił bazę wypadową wszelkich oddziałów Freikorpsu idących na stronę polską. Przeważnie przechodzili oni z lasu do zabudowań miejscowości Pawłów, której domy z zachodniej strony leżały na samej granicy i kontrola graniczna była bardzo utrudniona, albo z lasu spółki kopalnianej „Skarboferm” by znaleźć się na południe od Bielszowic i Nowej Wsi. Tak więc kierunek ataków Freikorpsu był nie tylko frontalny, ale także oskrzydlający nas od północy i od południa”

                                                                Fragment relacji Walentego Kulawiaka i Adolfa Krawczyka

                                                                   żołnierzy z 10 kompani strzeleckiej IV batalionu 73pp

 

    Jeden z obiektów wchodzący wówczas w skład sektora „Nowy Bytom” znajduje się obecnie pod opieką „Pro Fortalicium” (obecna dzielnica Rudy Śląskiej nazywana Bielszowice, ulica Cynkowa). Dowódcą załogi tego schronu był plut. E. Czekała, dowódca II plutonu 5 kompanii ckm-ów. Wiadomo o tym obiekcie, że brał udział w walkach, zresztą do dzisiaj widać na nim jej ślady - kopułę pancerną ckm ze śladami postrzałów. Według relacji załoga tego obiektu kładąc huraganowy ogień ckm-ów w rejon cegielni walnie przyczyniła się do klęski dywersantów. W starciu z Freikorpsem najprawdopodobniej brało udział kilka obiektów tego odcinka obrony (dowódcą obsadzających obiekty „Nowy Bytom” plutonów 5 kompanii ckm był kpt Jan Szczęsny Lebiedziewicz). W trakcie przeczesywania pola bitwy kpt Lebiedziewicz w jednym z poległych dywersantów rozpoznał swojego dawnego podkomendnego, kaprala rezerwy Makowskiego, który niedawno został wysłany do cywila i nie zgłosił się na mobilizację. Teraz już było wiadomo, dlaczego. Na tym samym odcinku polskiej obrony atak niemieckich dywersantów powtórzył się w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku. Tym razem atakował oddział Freikorpsu pod dowództwem samego Karla Rolle i ponownie atak został odparty. W walkach brał tym razem udział pluton manewrowy ckm (ppor. Kazimierz Pietrzyk) z 6 kompanii ckm „Kochłowice” (dowódca kpt Bogdan Pudykiewicz), pluton dowodzony przez ppor. Dionizego Kościelniaka ze składu 11 kompanii strzeleckiej (dow. kpt Marian Tułak), a także pluton manewrowy dowodzony przez ppor. Wincentego Brachmańskiego.

   Tej samej nocy trwały walki w Bielszowicach, gdzie zaangażował się pluton dowodzony przez ppor. Józefa Gajdaczka z 10 kompanii strzeleckiej (dowódca kpt Marceli Kazimierz Michalski). Zginęło wielu żołnierzy, ale dywersantów udało się wyprzeć. Bardzo ciekawym epizodem jest starcie innego plutonu z 11 kompanii strzeleckiej kpt. Mariana Tułaka, dowodzonego przez ppor. Herberta Fracha (Flacha), który w rejonie Halemby zauważył niemiecki patrol zmotoryzowany. Polacy otworzyli silny ogień, w efekcie którego uszkodzono, a później zdobyto niemiecki samochód pancerny należący do 56 pułku pionierów z Monachium. Jego załoga zdołała uciec, a wraz z nią wycofał się drugi samochód pancerny

 

…Nieprzyjaciel uważając, że nasza pozycja jest już osłabiona poprzednimi atakami w nocy z 31 sierpnia na 1 września zajął dogodne stanowiska w kopalni „Wolfgang” na terenie dworu Ruda Nowa i w dzielnicy Czarny Las, poczym uderzył oddziałem liczącym około 180-200 ludzi, doskonale uzbrojonym w broń automatyczną. Po ostrej walce ogniowej na prawym skrzydle nasze plutony ruszyły do przeciwnatarcia pod osłoną ognia ckm oraz moździerzy i w walce wręcz rozgromiły tam duży oddział Freikorpsu.

    Nasze straty były niewielkie, nieprzyjaciela duże w zabitych i rannych, jak również w utraconej broni. Jeżeli dobrze policzyliśmy naszą zdobycz stanowiły 2 karabiny maszynowe, około 30 pistoletów maszynowych, kilkanaście granatów. W boju odznaczył się szeregowiec I plutonu pod dowództwem plut. Jerzego Krautwursta. W czasie tej walki wiedzieliśmy, że wybuchła wojna, bo nad nami przelatywały eskadry Luftwaffe.

   Freikorpsu wyparty został niemal z całego terenu zajętego w nocy i rano. Spodziewaliśmy się uderzenia regularnych oddziałów Wehrmachtu, więc wszyscy tkwiliśmy na pozycjach, ale to nie nastąpiło. Dopiero następnego dnia na granicy pojawili się żołnierze Wehrmachtu i dwa samochody pancerne. Jednak akcji nie podjęli…”

                                                               Fragment relacji Walentego Kulawiaka i Adolfa Krawczyka

                                                                   żołnierzy z 10 kompani strzeleckiej IV batalionu 73pp


    W nocy z 30 na 31 sierpnia nastąpiło silne uderzenie Freikorpsu na Maciejkowice, których broniła kompania Obrony Narodowej pod dowództwem por. Alfonsa Piechy i kompania powstańcza pod dowództwem Edmunda Ledwonia i Karola Marcinkowskiego. Dywersantom zależało na przedarciu się w rejon Starego Chorzowa, gdyż mieli zamiar opanować elektrownię. Atak odparto, ale dopiero przy użyciu samochodów pancernych. Jednak następnego dnia nastąpiło kolejne uderzenie ponownie skierowane na Maciejkowice i Chorzów Stary. Po ciężkich walkach atak odparto (do niewoli trafiło około 100 dywersantów). Biorąc pod uwagę fakt, że w Maciejkowicach znajdują się schrony bojowe, trudno nie sądzić, iż pewnie brały udział w tych walkach (szczególnie najcięższy obiekt na tym odcinku).
    W nocy z 31 sierpnia na 1 września nastąpił również atak bardzo silnej grupy niemieckich dywersantów na teren huty „Hubertus” w Łagiewnikach (potem huta „Zygmunt”). Dzięki zaskoczeniu udało im się błyskawicznie opanować teren huty, a także znajdujący się w jej pobliżu polski schron bojowy. Nie wiadomo, co się stało z jego załogą. Do kontrataku przystąpił pododdział forteczny dowodzony przez por. Antoniego Duszę wsparty przez samoobronę powstańczą. Walka przeciągnęła się na dzień 1 września, ale zakończyła się sukcesem Polaków. Poległo kilkudziesięciu dywersantów, udało się również odbić wspomniany schron bojowy.

 

Strzelanina w hucie „Zygmunt” postawiła nas na nogi w środku nocy z 31 sierpnia na 1 września. Łącznik, który przybiegł od dowódcy powstańczej samoobrony poinformował mnie, o zaatakowaniu huty przez liczną, złożoną z co najmniej stu ludzi, bandę Freikorpsu. Przekazałem przez niego zapewnienie, że bojówkarze spotkają się z należytym przyjęciem, jak tylko znajdą się na linii ognia ckm-ów i działek z naszych bunkrów, co się nieuchronnie stanie, gdy tylko wybiegną na otwartą przestrzeń. W międzyczasie zjawił się zmotoryzowany oddział Chorzowskiej kompani powstańczej pod dowództwem Edmunda Mańki, aby … zabrać jeńców. Było ich ponad trzydziestu, w tym wielu rannych, trupów naliczono drugie tyle. Był to rezultat naszego uderzenia ogniowego. Okazało się, że napastników było znacznie więcej, niż opisywał meldunek, który otrzymałem, coś ze dwie setki, dodawali sobie odwagi alkoholem, którym, jak dowiedzieliśmy się od jeńców, suto ich uraczono przed akcją. Zgodnie z tym co przypuszczałem, ruszyli rozsypani w tyralierę prosto na nasze bunkry… Dostali też to co im się należało, resztę zrobili ludzie Mańki i członkowie miejscowej, łagiewnickiej samoobrony, którzy pierwsi wzięli ciężar walki z napastnikami na siebie i doczekali się pełnego nad niemi triumfu.”

                                                                            Fragment relacji ppor. Konrada Stanoszka

                                                                     dowódcy Samodzielnej Grupy Bojowej „Huta Hubert”

 

    Do starć doszło również w rejonie Lipin (obecnie obszar Świętochłowic). Powstańcza samoobrona wypełniła luki między obsadzonymi przez wojsko schronami bojowymi aż do styku z Godulą. W dniach 1 i 2 września 1939 roku na przedpole Lipin był kierowany ogień niemieckiej artylerii, który próbował zniszczyć pozycje obrońców, a następnie ruszały kolejne ataki członków Freikorpsu. Wszystkie zostały odparte przez powstańczą samoobronę i załogi polskich schronów bojowych.

     W dniu 1 września nastąpiło silne uderzenie Freikorpsu na Michałkowice (obecnie Siemianowice Śląskie). Ich celem była znajdująca się tam kopalnia „Maks” (potem „Michał”). Dywersantami dowodził sam Wilhelm Pissarski oraz jego zastępca Hargut (pochodzący z Wełnowca były plutonowy Wojska Polskiego). Było ich około 300. Tutaj nie spodziewano się uderzenia (do niemieckiej granicy było stąd 6 km), więc po zlikwidowaniu powstańczego posterunku dywersantom udało się błyskawicznie opanować teren kopalni. Blisko 160 górników zamknięto w łaźni. Około południa generalny szturm na kopalnię przepuścił oddział powstańczej samoobrony pod dowództwem kpt rezerwy Walentego Fojkisa. Z Siemianowic nadeszło wsparcie regularnego Wojska Polskiego wraz z działkiem ppanc. ze składu znajdującego się w odwodzie III batalionu/75pp (dowódca mjr Chodorowski). Po ciężkich walkach udało się wyrzucić dywersantów. Zadano im ciężkie straty. Zginęło ich blisko 30-stu, poległ nawet sam Pissarski, a 45-ciu wzięto do niewoli. Zginął jednakże por. Władysław Stępurski (Stępulski) i ppor. Józef Biedal, dwóch innych kaprali i kilkunastu żołnierzy. Ranny został sam kpt rezerwy Walenty Fojkis. Tu również do zduszenia oporu dywersantów użyto polskiego wozu pancernego, który został uszkodzony i spłonął, a jego załoga została ranna. Mówiąc o tym starciu należy wspomnieć, że niemieccy dywersanci kierując się w stronę sąsiadujących z Maciejkowicami Michałkowic musieli przejść przez linię fortyfikacji i być może znowu toczyli walki ze schronami w Maciejkowicach.

    W rejonie Brzezin Śląskich i Kamienia (obecnie Piekary Śląskie) zdarzały się częste napady na kopalnie „Orzeł Biały” i „Andaluzja”. Działała tu powstańcza samoobrona dowodzona przez byłego powstańca por. Jana Barona. W dniu 1 września duża grupa dywersantów dowodzona przez Schimmelbrota uderzyła na kopalnię „Orzeł Biały” w Brzezinach Śląskich. Udało im się ja opanować. Linia polskich fortyfikacji biegła głębiej, bo aż na terenie Dąbrówki Wielkiej. Jednakże dzięki wsparciu załóg schronów (4 kompania kpt Bomby z IV/75pp) udało się ich odeprzeć. W dniu 2 września nastąpił jeszcze silniejszy atak, ponownie odparty przez Polaków. Tego dnia toczyły się również walki na szosie Siemianowice-Bytom, czyli już w pobliżu polskich fortyfikacji. Być może któryś z obiektów brał w nich udział.

   Podobno powstańcy z Piekar i Szarleja walczyli w opuszczonych przez polskich żołnierzy schronach. Jeżeli tak było naprawdę, to musieli oni obsadzić schrony bojowe Punktu Oporu „Kamień”. Obiekty te mogły również brać udział we wcześniejszych walkach, jeszcze przed wycofaniem się stąd żołnierzy. Powstańcza samoobrona obsadzała wcześniej linię ciągnącą się hałdami pomiędzy kopalnią „Andaluzja” (Kamień, obecnie część Piekar Śląskich) a kopalnią „Nowa Helena” (Szarlej, obecnie część Piekar Śląskich) i toczyła tam boje z oddziałami Freikorpsu. Całkiem prawdopodobne, że swoim ogniem walkę powstańców wspierały schrony bojowe w Kamieniu (co najmniej dwa).

    Niemcy podali w swojej prasie informację (pokazali to również w kronice filmowej), że działa znajdujące się w polskich schronie bojowym ostrzelały obszar niemieckiego Bytomia. Miał to być rzekomy akt terroru Polaków. Jeśli tak się stało, to ogień mógł być prowadzony tylko z jednego obiektu. Schron artyleryjski, tzw. południowy na „Wzgórzu 310” w Bobrownikach, wyposażony w dwie armaty kal. 75mm mógł skierować swój ogień na okolice koszar wojskowych w Bytomiu (dzisiejsze koszary Wojska Polskiego przy ulicy Oświęcimskiej w Bytomiu). Mało prawdopodobne, aby strzelano bez celu licząc na trafienie obiektów cywilnych. Ostrzał miał mieć miejsce w dniu 2 września 1939 roku. Podobno był rewanżem za ataki Freikorpsu. Niewykluczone, że strzelając do koszar faktycznie trafiono cele cywilne, co Niemcy rozdmuchali propagandowo. Dowódcą 10 baterii (wydzielonej ze składu dywizjonu artylerii IV/23pal pod dowództwem płk dypl. Wacława Slawiczka) znajdującej się w Bobrownikach (działa wbudowane w pozycje ufortyfikowane) był kpt. Jan Tomi. Oczywiście ewentualny rozkaz ostrzału musiał wydać sam płk Wacław Klaczyński. Rozmieszczenie jego strzelnic i kierunek ognia uniemożliwiał ostrzał części niemieckiego Bytomia, a w okolicy nie było już innych schronów artyleryjskich (najbliższy był na „Wzgórzu 304,5” na terenie Dąbrówki Wielkiej, obecnie Piekary Śląskie).

    Znany jest również fakt zaatakowania przez niemieckich dywersantów kopalni „Radzionków” i obszaru Rojcy. Broniła się tu powstańcza samoobrona, ale obszar samej kopalni zdobytej przez Niemców został ostrzelany ogniem polskiej artylerii rozlokowanej w Namiarkach (jest to część Bobrownik, więc być może tym razem strzelał północny schron artyleryjski lub artyleria ze stanowisk polowych na „Wzgórzu 310”).

    Dowódca Grupy Fortecznej „Śląsk” płk Wacław Klaczyński meldował do dowódcy Grupy Operacyjnej „Śląsk” gen. bryg. Jana Sadowskiego o walkach z dywersantami: w dniu 1 września w rejonie Michałkowic, Orzegowa, Rudy, kopalni „Wolfgang”, dworu Nowa Ruda, cegielni w rejonie Czarnego Lasu i Bielszowic, Szarleja, dworu Antoniowiec, kolonii Styczyńskiego, Brzezin, huty „Hubertus” i lasu „Skarboferm”, a w dniu 2 września w rejonie Brzezin, kolonii Styczyńskiego, Czarnego Lasu, Białego Szarleja, szybu „Klotylda” na południe od Brzozowic, kopalni „Wolfgang”, Pawłowa. Kończyc i Halemby.

 

 „W ciągu nocy dywersanci w luźnych grupach, od kilkunastu do kilkudziesięciu ludzi próbowali przeniknąć wewnątrz ugrupowań na docinku od Brzezin do południowej granicy. W rejonie koloni Styczyńskiego banda dywersantów przedostała się na tyły, o świcie jednak została przepędzona. W rej. Czarny Las dywersanci otoczyli działo polowe. Konieczna była pomoc oddziału strzeleckiego. Biały Szarlej został w nocy opuszczony przez dywersantów. Obecnie dywersanci zajmują szyb „Klotylda” na południe od Brzozowic, kopalnię „Wolfgang”, Pawłów i Kończyce oraz skraje lasów na zachód i południe od Halemby (…). Na południe od Halemby zjawiły się dwa samochody pancerne nieprzyjaciela. Jeden uszkodzono ogniem działowym, drugi, oraz obsługa samochodu uszkodzonego, uciekli.”

                                                                                Fragment raportu ppłk-a W. Klaczyńskiego

                                                                               z dnia 2 września 1939 roku (około godz. 1.00)

Jednostki i bitwy

Jednostki:

Bitwy: